Nasz dzień powszedni sam się układa

Temat stary, ale aktualny. Młoda para wprowadza się do swojego pierwszego mieszkania – albo ona do niego, albo on do niej. Szczęście prawie pełne: mycie okien, układanie dywanów, szorowanie podłóg, zawieszanie obrazów, ustawianie regałów. Przychodzą znajomi i przyjaciele, strzelają korki od szampana, przybywa mebli, kwiatów, przedmiotów. Wreszcie kupili taką zasłonę na prysznic, jakiej szukali i można – wreszcie! – realizować porządek dnia. Tylko, że nie jest on jeszcze ustalony. „Jakoś się to wszystko ułoży” – zakłada się milcząco. „W końcu każdy wie, co do niego należy”.

Czas mija, a w kuchni zaczynają piętrzyć się śmieci. Kto wychodzi, ma je zabierać ze sobą i wyrzucać po drodze – taką przyjęli zasadę. „O cholera, zapomniałem/am” – mówią oboje wieczorem. On układa naczynia w zmywarce. Lubi to. Złoszczą go jednak kieliszki z cienkiego szkła, których nie można wsadzić do zmywarki, bo by popękały. „Czy nie można pić w kieliszkach z grubszego szkła?” – pyta. „O nie, za nic! Nic by wtedy nie smakowało”. On przypomina sobie, że niedawno słyszał jej matkę mówiącą to samo. Na razie milczy. Ale po trzech dniach proponuje, żeby sama zmywała te delikatne kieliszki, skoro tak się przy nich upiera. „Dobrze – ona na to – zostaw je, umyję wszystkie razem”. Tego z kolei on nie może znieść. „U nas ma być zawsze porządek” – słyszał w swoim domu rodzinnym i oznaczało to przede wszystkim pozmywane naczynia. Wprawdzie nigdy by czegoś takiego nie powiedział głośno, ale przecież nie może zostawić stojących, brudnych kieliszków, więc sam je zmywa. „Przeszkadzają mi” – oznajmia jej. „A mnie nie” – odpowiada ona. I on ma to jej za złe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *